poniedziałek, 18 listopada 2013

Fotele



Te fotele stały tam od lat, smutne jak wszystkie znienacka wydymane dupy świata. Nawet cierpiące, na pewno liche, omszałe, zipiące już ledwo, ledwo, jak większość ludzi, w tym wszyscy emeryci obmacujący namiętnie pomidory po marketach. Krok – a za ścianą tylko nic, tylko śmierć. I te fotele, co nie zeszczałby się na nie nawet połamany pies. Zawsze jest-było nic, od urodzenia nic i czekanie na nic, a pomiędzy? Może czasem tylko tkana w próżni, wdzięcznymi łapkami polerowana iluzja akcydentalnych uniesień. W końcu trumna – jak Bóg da, a jak nie da, to tylko sparciały wór po kartoflach i kilka łopat wapna.
Co tam jeszcze?
Rano dała mi pajdę, nie było na niej nawet salcesonu, któren ona, niewiasta utrapiona, odziera z flaka, podaje mężowi i mówi: „jedz”, a on odpowiada: „daj z flakiem, i z tego muszę wyssać sens życia, bo za biedne my, by trwonić”.
Szedłem przez wiatr, całkiem spierdolony. Końska twarz i nos, co tnie przestrzeń jak nóż, jak spojler, całkiem mięsny przy tym i gruby, niby dobry ochłap na zupę, a cenny nie mniej niż kilo parówek z niczego, za pięć dziewięćdziesiąt dziewięć, które to – one, parówki – pozwalają biedocie rozumieć, czym jest zacna strawa. I dźgnął mnie, a wtedy już byłem jak kundel, sam sobą sobie w nozdrza uderzałem smrodem wąchanym milion razy. I dźgnął mnie, palcem, cieć pod śmietnikiem, jak kundla, jak psa albo kiedyś czarnego kota, teraz już zupełnie spłowiałego i bez oka. I dźgnął mnie palcem, słowem, i to też było już wtedy jak wstyd. Cieć z aktówką, pod śmietnikiem.
- To wasze śmieci?
- Jakie śmieci?
- Ten tu bajzel.
- Tylko fotele.
I dźgnął. I przeżuł nic w ustach całkiem żabich. Przeżuł nic, a to było zupełnie, jakby żuł gówno, jakby nawet to lubił, to nic-gówno, co mu latało po dziurach w zębach, jak każdy wiatr. Oczami patrzy, świdruje, przenika i chłoszcze. Raz – Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił? Dwa – Chrystus we mnie umarł już dawno. Trzy – ojcze, mój ojcze, po coś ty się spuścił? Pluje, jak On ideą jabłka, skurwysyn, sam-swój-syn, skurwysyn. Cieć z aktówką pod pachą, pod śmietnikiem.
- Wynieś.
- Tylko fotele.
- To mnie nie interesuje. Wynieś.
- Tylko fotele.
- To mnie... Wynieś, wszystko, bo będzie pismo.
Wyciągnął mnie z nory za głowę i po nic, i pomiętosił jak ostatnie dziesięć złotych w kieszeni. Potem przyszły te dni, kiedy nie spałem, wierciłem się, a pod powiekami gniły mi robaki. Chciała pomóc, martwiła się, mówiła, że da, to w końcu wziąłem, naplułem i wziąłem nie po bożemu, bo była ciepła i gruba. Wstałem dnia trzeciego, w piwnicy płakały szczury, a w domu każde lustro, w którym widziałem gorycz, ból i stracone nadzieje. W kącie był wózek, na dworze noc, a w oknach ludzie, co nie rozlepili jeszcze dobrze powiek.
Śmietnik, zgliszcza zgliszcz, ruina wymalowana czarnym i białym, dalekie echa minionej świetności wtopione w noc, inkrustowane pałąkami kocich grzbietów, po których skaczą pulchne pchły. Wystarczyło zapalić i patrzeć, jak płonie, gaśnie to, co nawet nie musiało stać się popiołem, żeby zstąpić na krawędź otchłani i utonąć w niepamięci na zawsze, i nigdy na nowo nie powstać, tak jak z niepamięci powstały polepione skrupulatną ręką naukowca, zapomniane drobiny cichego przez wieki kwarcytu, by przybrać w wyobraźni pokoleń postać prawie tego czym były, a co musiało pomrzeć i odrodzić się, by przejść do historii i poczuć tchnienie światłości wiekuistej, na wieki wieków, amen.
Marność, jeno marność. Jeno ten wózek, dwa koła od „Komara”, kilka krzywych dech, garść gwoździ powbijanych na krzyż. Gdy ładowałem, za kubłem ktoś zwymiotował – jak cichy szloch ostatniej rozpaczy. Potem już tylko przez ciszę, przez ciemność wolną od spojrzeń, przez siebie i w głąb. Nie ruszaj, nie dotykaj, nie tłamś mięśni już umarłych, bo pchają to, z czego spadają fotele.
Parę dni potem, wracali my. Stał przed kamienicą, prawie słup soli z Sodomy, prawie nikt. Znów cmokał, mlaskał, wydłubywał koniuszkiem parchatego języka smród spomiędzy zębów, co go tam wtedy, parę dni temu, zassał pod śmietnikiem, do dziś nie wypluł i znowu przeżuwał, jakby to było nic, jak gówno, które smakuje.
- Wyniosłeś?
- Tylko fotele.
- Nie interesują mnie fotele. Wszystko.
- Tylko fotele.
- Bo będzie...
I było. To w jej oczach, to, że jest tu, a może chciała-mogłaby być tam, gdzie indziej, z kimkolwiek bądź, ale nie mną, że niby błyski, w tęczówkach zaświergotały, a potem zgasły, wszystkie egzotyczne ptaki świata, których nigdy nie zobaczy. To życie. To życie warte grube pieniądze. To życie warte nic. Wtedy mu przyjebałem, wysoki sądzie.

czwartek, 17 października 2013

Jabłuszko? Smacznego...



Zrazu, a było to w 1736, a może 1845, albo i nie, mentor i uczeń, obaj w końcu znani – pierwszy jako drugi, drugi jako czternasty, jeden już wtedy słynny, kolejny jeszcze nie – przeprowadzili taką oto rozmowę; a prawdę wam powiadam, choć mówią, żem Kłamca.

***

- Czyli, że z kości?
- My tu nie o tym.
- Czyli, że...
- ...to od początku był, podszyty głęboko skrywanym od eonów homoseksualizmem, makiawelizm rozkapryszonego bachora, który tupie nóżką, zaciska piąstki, a jeśli nawet nie robi tego, o czym tu wspomniałem, to przynajmniej siedzi w piasku, lewą ręką kompulsywnie klepie babki mrucząc może nawet pod osnutym gilami nosem: „Kurwa, kurwa, kurwa... pozabijam!”; prawą zaś – a wszystko jakby w tym samym momencie – wydłubuje owsiki z dupy i podsuwa je kotu sąsiadki pod pyszczek...
- Ale...
- ...potem dorasta, dorabia się własnego zwierzaka i wytrząsa mu żarło, jak resztki kupy z lichego garnka, zawsze do dwóch miseczek: jedna niby świeża, ale wymieszana z opiłkami, druga bez wkładki, ale już nieomal spleśniała.
- No i?
- Podsuwa kocmołuchowi strawę i nawet nie tyle szepce przy tym cicho, ze łzami w oczach: „Jedz mały puszku...”, choć i taki scenariusz jest możliwy, co ostentacyjnie i z nerwem wykrzywiającym facjatę całkiem kurwiszońską, rozkazuje: „Wpierdalaj, ale wybierz dobrze!”
- Ale co to ma wspólnego z nami?
- Przy założeniu, że Stary jest, kim jest, jest tym, za kogo Go bierzemy, musiał wiedzieć jak to się skończy. Jeśli nie wiedział, jest prawie nikim. Stary nie człowiek, człowiek nie kot, ale twarz sadyzmu jakby taka sama, ino rozmach większy. Pewnie...
- Co?
- Pewnie z miłości.
- Jak to?
- Operując samotnością na poziomie zupełnej abstrakcji, wypalonej dodatkowo przymusem trwania przez wieki, w oderwaniu od pozwolenia na możliwość emocjonalnych zawirowań, w końcu pęka. Cierpi, łka, pragnie, a nawet nie może się zabić.
- No i?
- No i lepi człowieka, jak stulejarz wał z kołdry.
- Czyli najgorsze jest to, że...?
- Nie, nie to.
- Więc co?
- To, że wiedział, jak to się skończy, zanim to wymyślił.
- A wąż?
- Może nie było węża.
- To jak to było?
- Może...
- Mów!
- Z pewnej odległości Stary po prostu wydawał się śliski, młody zaś – pierwszy z pierwszych, ale już bez żebra – jakiś taki, nijaki, jak cieć, co nie dozbierał jeszcze wszystkich petów spod śmietnika i właśnie zamierza to zrobić. Świeciło słońce. Nabrzmiałe owoce wisiały nad ich głowami, czekały by spłynąć sokiem na lica zatopione w nieśmiałym homo-uczuciu zaraz odrzuconym, rozdarte tysiącem zmarszczek potem polepionych z grubych mitów w postać jaką znamy, która zlizując może robaka z sinej wargi, powiedziała tylko słowo, albo dwa, rozwinięte po odmowie młodego, w krótką wymianę myśli pewnie tej postaci:
„Pomrzecie.
Co?
Nic.
Co?
Pomrzecie.”
I to było tyle, tylko tyle. Młody pewnie nie mógł nawet zaprotestować, nawet rzucić spod wąsa, którego nie miał i znad miski nieistniejącej zupy: „Twoja stara ciągnie druta za włosy łonowe!”, bo przecież nie było nie tyle starej, co nawet zalążka jej idei w głowie człowieka, któremu dopiero co wyciągnęli spod pachy kogoś, komu nie umiał jeszcze powiedzieć „żono”, nie wspominając już o lżeniu jak konkubiny tego, który chciał zostać jego kochankiem. Więc tylko się gapił. Patrzył i starał się wyłuskać coś z miny Starego, coś więcej niż: „Co on pierdoli?!”, a zobaczył jedynie spojrzenie poskładane z cyklu min taniego alfonsa wykłócającego się z dziwką o ostatnie dwadzieścia groszy. Usta rozsnute, a w nich robaki i wszystko, co teraz, potem i co na wieki, rozpełza się, rozleje jako dzieje pokoleń, w żrących jęzorach ognia, któren strawić musi i zasklepić w strupa rozoraną bruzdę pokalanej odmową dumy. „To będzie jak masturbacja młotkiem...” – myśli. W końcu zrozumiał: „Muszę wydymać sam siebie. Wydymać za cenę tego, o czym tu mówimy, a odsetki zapłacą wszyscy.”

***

Tak. Tak to było, powiadam, jakem Kłamca.

Kloaka



- Tak jak dupa jest od srania, tak ty jesteś od słuchania.
- Co?
- Nic, psie – a potem w mordę.
Mówili też „żyj!”, ale z czasem po prostu zapomniał, co to znaczy, a tym bardziej, jak to się robi. Może nigdy nie wiedział? Wciąż młody, lat naście, bo dopiero czterdzieści, ot, pierwsza faza dziecięctwa mężczyzny, jeszcze nieomal różowy i pulchny, emocjonalnie jakby dziewiczy, a w środku jednak coś pełza i cuchnie jak robaki na ścierwie, jak ścierwo. Być może to jakaś forma melancholii wpisana w rysy twarzy zupełnie nijakie, w ciało bezkształtne, które potem, po latach – jeśli dotrwa osiemdziesiątki, czasu dojrzewania – nosić będzie uniform konformisty pożeracza chleba, a po kieszeniach rozkruszone drobiny głęboko maskowanej choroby afektu.
Oswajanie śmierci to proces powolny, ryty w człowieku dłutem czasu mozolnie, płaczem wiotkich liści opadających zawsze, rok za rokiem, tak samo, z odwiecznym pytaniem „Czy pizda jest grą wartą świeczki?” rodzącym się pośród  neuronów oduczonych czucia tak bardzo, że nigdy nie uświadamiały sobie niczego, prócz własnej obecności i neuroz wybijających spod skorupy wypaczonego bytu. I wieczne drążenie siebie, przede wszystkim siebie, tylko siebie, podczas defekacji, na kiblu.  W tę i z powrotem, trwoniona, wiotka myśl gubiła się, by potem wracać, wracała, by znów ginąć w supłach przerośniętych intelektualizmów, w vibratto, których nawet, zdawałoby się atonalne z natury pryknięcia, wpisywały się z gładko synkopowanym wdziękiem muzyki świata. Nieustannie nizał słowa w wyświechtane klisze czczych frazesów, by wreszcie w obrazie łazienkowych kafli odnajdywać przedziwną symetrię, boski wzór, a może odpowiedzi na pytania ważne, wciąż chyba niezadane, przez milisekundy objawień dobitne niby kropka nad „i” trwania: już, już miewał sens życia na końcu języka, ale zawsze zapominał zapisać to, czego i tak nawet nie miał komu przeczytać, zbyt zaabsorbowany smarowaniem papierem po dupie, jakby to była kromka chleba.
Artyzm to nie smalec i skwarki, kurwa, to życie! – zwykł był też mawiać, mruczeć do siebie, a nawet wzdychać smętnie, patrząc na tych dziwnych ludzi, którzy chodzą tu i tam, ale zawsze bez celu. Jebane lemingi! – wyduszał jeszcze cichym świstem, jak z pękniętego materaca, a przylizywał przy tym brwi, siedząc tam, gdzie tkwił prawie zawsze, nigdzie albo na klopie, co w sumie jest tym samym, samotnią odgrodzoną od tętniącego świata brudnym oknem i strzępem ażurowej firanki, jedynymi barierami, prócz mozolnie pielęgnowanego autyzmu, stojącymi pomiędzy nim a trudem i potem codzienności przecież tak nikczemnej. Miał, a na pewno miewał rację, bowiem trwanie jest sztuką, cierpiętniczym wydalaniem drutu kolczastego zwieraczem pełnym hemoroidów, by zrodzić wreszcie coś równie niszowego, jak zalążek eschatologii chrześcijańskiej wiszącej na winklu dupy osła albinosa z szyickich przedmieść zasyfionego Teheranu, jak nic, jak rodzyn. Oto wyzwanie. Czasami wplatał w treści owych rozważań, w myślowy samogwałt-until-key-pressed, ideę nieomal rozkapryszonego stwórcy z brodą, ale bez empatii.
Nikt nie wie, kim był, ani dlaczego był, i raczej nikt się nad tym nie zastanawiał, gdyż żaden wymierny czyn nie-do-określał bytu zamkniętego jedynie w sferze niezwerbalizowanych przypuszczeń, ulotnych myśli nieśmiałych, acz barwnych, często w charakterze fal gniewu pełzających pośród mięśni, wysysanych z powietrza, z palca, a może nawet strzępów rozmów zasłyszanych tu i tam, czy gdzieś, gdzie bądź, zrodzonych w jakiejś ciemnej dziurze, czy tam norze, z której wypełzał, wystawiał łeb na światło dzienne jak tasiemiec albo glista, a która to – ona, ta nora - zastanawiała się, jeśli była czymś więcej niż milisekundą nawet niezarejestrowaną w strumieniu świadomości, czy to coś, co z niej wypełza – wymyślony tasiemiec albo glista, w których widział siebie, demiurga  -  jest czymś więcej niż przybraniem rzeczywistych emocji w ni to maskę, ni formę, mającą zwrócić uwagę psychiatry na nie do końca uświadomiony problem wynikający z pustki miałkich przemyśleń.
Siedział i myślał, myślał i siedział, ale i to nawet nie było najgorsze, lecz ręka żylasta o ścięgnach wielokrotnie poprzerzynanych, prawie niezdolna, by chwytać, a jednak tak szybka w nerwowym wydłubywaniu drobnych z portfela, za które kupował i chleb, i mleko – potem syczał „dziękuję” albo „do widzenia”, albo nawet nie mówił nic, jakby ta spracowana pani za ladą była jakąś czerstwą kurwą za pięć złotych, co nie warto na nią splunąć  - a którą (tą ręką) wreszcie, tuż po tym, gdy zapisał nerwowo szminką na listku papieru toaletowego:

A gdyby nożem przeciąć struny głosowe
I zamilknąć na wieki w klatce własnych myśli
Bez lęku „muszę mówić” pogrążyć się w ciszy
Kojącej niby łąki pachnące, wrzosowe?

operując krtań, niechcący przerżnął sobie gardło. Znalazł wreszcie ukojenie zmordowanej nieśmiałości.

piątek, 5 lipca 2013

W konfesjonale



- Proszę księdza, proszę księdza!
- Tak?
- System rucha nas w dupę!
- Ależ synu!
- Bo widzi ksiądz, nigdy nie rozumiałem życia, siebie też nie, ani tego nawet, że teraz nie on z pełnego wytrysku duma tatusia, a ja miękkim zrobiony, klęczę tu niby bogaty, bo jeszcze jest parę złotych na koncie, na dwa obiady, a może i trzy, a jednak przegraniec starymi portkami o kolanach wyświechtanych do konfesjonału przylepiony i rozmyślam o tym, co zawsze mnie bolało: dlaczego pieniądz jest Bogiem?
- Ale...
- W telewizorze był wczoraj jakiś ekonomista pod krawatem i mówił, że trzeba się rozmnażać, bo PKB spadnie i pan premier nie będzie miał natenczas za co kupić sukienki dla żony, a to już byłoby skurwysyństwo, bo...
- Synu!
- Ksiądz wybaczy, kurewstwo, bo...
- Synu!
- ...bo może to nawet nie był jego pomysł. Może siedział, oglądał mecz albo gołe baby w internecie, podczas gdy ona w pokoju obok skrzypiała w tę i z powrotem drzwiami garderobianej szafy, a coraz większy nerw zdobił jej czoło. Wreszcie po godzinie, albo i dwóch mówi mu: Nie mam się w co ubrać!, a on, może odruchowo-bezwarunkowo, żeby tylko nie spojrzeć jej w oczy sięga do szuflady po portfel, wyciąga partyjną kartę i myśląc: „Kurwa, dzieci głodują w Afryce!”, podaje jej kawałek plastiku.
- Kto to wie...
- ...kto wie? Tyle, że ja nie o tym nawet chciałem, nie o tym, a o zwykłym człowieku, jak ja, on, czy ona, oni, ale nie ksiądz ani pan premier. Chodzi o to, że wszędzie, ale to wszędzie leją wodę. Wszystko uwadniają. Mięso, pasztety. Pasztety to zwłaszcza. Jak raz ktoś coś chyci od wielkiego dzwonu w dobrej cenie i bez wody to jest wniebowzięty.
- Ale...
- I dajmy na to, że jest jakaś kobieta: ona może żona, której całe dorosłe życie nie polegało na czymś bardziej wykwintnym niż rozlać, by potem zetrzeć, nawet nie dlatego, że ukończyła ledwie podstawówkę, a bardziej z powodu owej wrodzonej nieśmiałości, jakby braku przekonania, że to głęboko osadzone – gdzieś między oczami może – „ja”, które jest nią, a które winna pielęgnować w ogóle istnieje. Taka zaszczuta. Nie dla miłości szoruje i nie z jej braku nawet – bo może nikt nigdy nie pofatygował się, by nauczyć albo pokazać jej, że miłość to jednak zupełnie coś innego niż kwaśny oddech na twarzy i ciężkie lędźwia wbijające ją w fotel – a dla paru groszy, za które można nabyć to, czy tamto, ale raczej nic dla smaku, i nic co nawet będąc na świni, czy kurze, zasługiwałoby na miano mięsa, bo było najwyżej kiedyś dziąsłem, bądź ścięgnem - potem od kopyta lub łapy - oderwanym nożem rzeźnika.
- No i?
- No i wchodzi do domu.
- Kto?
- Ona może żona.
- Może...
- ...może i nie, ale raczej tak. Zatem wchodzi. Jest jakoś po dwudziestej, załóżmy dwudziesta piętnaście. Wraca z roboty. Przyłapujemy ją akurat w momencie przejścia z lipcowego wieczoru mieniącego się ostatnimi blaskami dogasającego słońca uwypuklonego w drobinach kurzu tak rozedrganego i pomarańczowego teraz na tle zielonych, młodych drzew, w czeluść domostwa naznaczonego piętnem traum, krwi i łez, też krzyków „Kurwa pizdo suko gdzie są ziemniaki, którymi zapcham mordę?!” W jakimś cichym kątku dzielny pająk chwat tka talerz pod wieczorny posiłek, a jaskółki na gzymsach otrzepują pyłek z piór. Widzi ksiądz?
- Widzę.
- A pasztetową ksiądz widzi?
- Co?
- Tą, którą on ojebał z bułą i musztardą tuż przed jej...
- Synu!
- Zjadł, wybaczy ksiądz, zjadł. Nerwy. To była piękna, wysokobudżetowa pasztetowa. Zero MOM-u, high artistic quality wędliniarstwa. Rozumie pan?
- Ksiądz!
- Rozumie ksiądz?
- Chyba.
- Wchodzi i widzi, jak siedzi.
- Kto?
- On.
- A on to?
- On to zero, null. Prawdopodobnie oswoił już strach przed śmiercią, a może i nawet gdy ją poznawał miał już za sobą parę kroków w tym kierunku.
- No i?
- Wchodzi, a on siedzi na kanapie biedny, gotów na zgon, jakby to było „zjem bułkę z masłem”. Może to rośnie w człowieku przez lata, warstwami doświadczeń, nabiera smaku jak wino. Potem już wszystko jest obojętne, bo zsunął się w otchłań na tyle, że żadne egzystencjalne A czy B nie przyniesie wyboru niosącego pewne cierpienie, bo żadnego A i B nawet nie ma, pozostała tylko prośba o pewną śmierć bez bólu.
- I może tam już był?
- Może tam dążył od zawsze, nawet nie wskutek grzechu pierworodnego tak irracjonalnego w swym prostym makiawelizmie, a jakiegoś zrządzenia niepozornych przypadków.
- To życie...
- Tak, to się życie nazywa.
- A kobieta?
- Patrząc na starego wtłoczonego w dziurę w kanapie być może zwątpiła już zupełnie w jakikolwiek sens trwania w fazie, w której zastygła niby w stężałym szlamie z wszelkich wydzielin wydalanych z ciała tego co żywe, a potem martwe. Odarta z nadziei, że pozna kogoś, przy kim nie będzie musiała udawać, że nie chce, tak jak przy nim – starym – musi udawać, że chce.
- A mężczyzna?
- Pewnie nawet jej nie zauważył, tak był skupiony na sobie, chuj-małpiak zapamiętale trwoniący każdą sekundę własnego życia na uprawianie intelektualnego autoerotyzmu, który zawęża jego kiełbasiano-musztardową percepcję jedynie do czubka własnego nosa, gdzie zagnieżdżony tkwił, tkwi i tkwić będzie, to pewne, wielki, stary, otoczony pijackimi żyłkami wągr. Wreszcie odwraca głowę od telewizora. "O, przyszła..." - myśli tak, jakby chciał powiedzieć: Każda chce possać mi druta, zrozum to wreszcie panienko!; wciąż myśli, ale teraz już ona – „W szczelinie moich ciepłych piersi mogłeś odnaleźć zagubiony żar domowego ogniska, a scałowując perły potu z wąsika nad pełnymi wargami zapomnieć o traumach dzieciństwa, zaczerwienionej skórce, która nie schodziła nawet gdy w maniakalnych konwulsjach śliniąc dłoń, i odliczając, i machając prawicą pięć-siedem-pięć-siedem-pięć-siedem pociłeś się zupełnie na próżno walcząc z cielesnym defektem... bo... bo nawet gotowam była poświęcić nie dla czego innego, lecz dlatego właśnie, wszystkie nadaremnie przez miesiące szukane orgazmy, tak mocno skryte w cieniu twej bolącej stulejki..." – i wzbiera... - "Pojeb skretyniały samiec ciupciacz!" - w niej gniew oraz rządza mordu.
- Tak od razu?
- Możliwe, a może dopiero gdy weszła do kuchni. Wchodzi, patrzy, a na stole leżą okruchy, nóż i resztki flaka po pasz...
- ...pasztetowej?
- ...którą ojebał z bułą i musztardą tuż przed jej przyjściem ten, który nosił swoje obłe, tłuste i blade ciało zupełnie bez godności, ale w okularach. A to była piękna pasztetowa. Zero procent MOM-u, high artistic quality wędliniarstwa. Mięsko, podroby, mało kaszy i bez uwadniania.
- Pewnie droga.
- Pewnie kupiona za ostatnie pięć złotych przeznaczonych na coś innego niż czynsz i opłaty.
- No i?
- Ściska głowę, masuje skronie, a w środku ciągle jest wrzask. Nie ustępuje, drażni jak niechciany wrzód pęczniejący pomiędzy pośladkami rozchylonymi ledwie na centymetr od paru miesięcy wzrastającym hemoroidem. „On tam jest...” – myśli – „na kanapie, gapi się w telewizor, potrząsa kutasem na widok kobiet!” Bierze do ręki kuchenny nóż i wchodzi do pokoju.